WASZE HISTORIE

„To ona mnie wybrała” – historia adopcji Izoldy

W jaki sposób znalazłam moją Izoldę?

Uśmiech ciśnie mi się na twarz, gdy sobie przypomnę ten dzień. Ośmielę się go nazwać jednym z najwspanialszych w moim życiu. Takim, który je rozświetlił i zmienił na lepsze.

Od kiedy tylko pamiętam, w moim domu zawsze było słychać tupot małych czterech stóp. Dwa poprzednie psiaki, które posiadała moja rodzina, niestety z powodu chorób, opuściły nasz dom. Trafiając zapewne do lepszego „świata”. Na jakiś czas odgłos łap na podłodze ustał.

W domu zrobiło się smutno i cicho.

Aż w końcu…. udało mi się namówić mamę, na adopcję pewnego wybrańca ze schroniska.

Umówiłyśmy się i ruszyłyśmy w drogę. Przed nami było ok. 140 km podróży. A u jej kresu miał czekać pewien dżentelmen o imieniu Procent. Gdy dojechałyśmy na miejsce, podjeżdżając pod płot schroniska, zatrzymałam się prawie z piskiem opon. Zamknęłam oczy i krzyknęłam do mamy, że chyba przejechałam psa!

Wysiadłyśmy szybko z samochodu, żeby zobaczyć czy stało się nieszczęście, czy jednak możemy odetchnąć z ulgą. Ujrzałyśmy czarnego pieska, wychudzonego, wystraszonego, przypominającego ratlerka.

To Izolda wybrała mnie, nie ja Izoldę

Jak się okazało była to suczka, która z powodu swojej wagi i zabiedzenie mogła przecisnąć się przez ogrodzenie schroniska. Od razu zawołałyśmy psiaka. Namawiałyśmy ją, żeby weszła z nami z powrotem.

W schronisku okazało się, że Procent został już zaadoptowany. Jedna z wolontariuszek nie poinformowała drugiej o wcześniejszej „rezerwacji” psiaka. Poprosiłyśmy więc zarządcę schroniska, aby pokazał nam inne pieski.

Czarna bidulka, którą spotkałyśmy jako pierwszą, cały czas chodziła za nami. Nie spuszczała z nas swojego smutnego, ale zainteresowanego wzroku.

Przeszłyśmy całe schronisko. Potem Pan opowiedział nieco o ośrodku, w którym się znajdowałyśmy. Pokazał nam nawet szczeniaka. W momencie, w którym próbowałam pogłaskać tego małego „stworka”, który ledwo chodził, wychudzona podróbka ratlerka zaatakowała malca. Od razu podniosłam się i zapytałam, czy zatem Ona jest do wzięcia.

Pan odpowiedział, że ona również jest do adopcji. No i stało się. Podpisałam papiery adopcyjne. Wyraziłam zgodę na możliwość wizyty osoby ze schroniska, by mogła sprawdzić, czy należycie spełniam obowiązki „matki”. I wyjechałam razem z moją ukochaną. Teraz już – Izoldą (2,800 kg).

Jak się okazało, sama sobie mnie wybrała, najpierw podkładając się pod auto, a potem dzielnie walcząc, bym czasem nie dotknęła innego czworonoga.

Nigdy przez moje usta nie przejdą słowa, że żałuję.

Nigdy nie ośmielę się stwierdzić, że to był błąd. Pokochałam, dałam wszystko co najlepsze, ofiarowałam miłość i mam takim sposobem swoją ukochaną księżniczkę. Zabieram ją ze sobą praktycznie wszędzie. W domu posiada w każdym pomieszczeniu swoje posłanko. Mój pączek w maśle waży teraz 6 kg (to mój jedyny błąd wychowawczy).

Zachęcam do adopcji każdego odpowiedzialnego człowieka. Pies ze schroniska zawsze będzie trochę „inny”, niż taki, który jest z nami od małego. Jednak gdy tylko poświęci się mu więcej uwagi i cierpliwości, to można wychować takie zwierzę, które stanie się zapewne dla nas wszystkim.

Życzę każdemu, żeby trafił na taką Izoldę jak ja. Zawsze jak na nią patrzę, to mam w sobie radość. Mam nadzieję, że nigdy nie odejdzie ode mnie, mimo swoich ok. 11 lat.

Autorka tekstu: Agnieszka Tarcz


 

Tagi
Pokaż wiecej

Marta Adaśko

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.

Powiązanie artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Close
Close