WASZE HISTORIE

1 dziecko, 2 psy i 2 koty – przepis na udaną rodzinę?

Urodzona w mieście, ale wychowywałam się w zasadzie na wsi. Takiej, gdzie wiadomo co i czym szczeka. Jako dziecko uwielbiałam jeździć do babci i moją pasją było siedzenie w oborze w towarzystwie świń. Na 8 urodziny udało mi się wybłagać psa. Jamnika. Wymarzonego, najpiękniejszego, ukochanego. Niedługo później okazało się, że mamy ciężki przypadek, z wadą serca, wątroby i oczywiście, jak to u jamników bywa – chorym kręgosłupem. Chodziliśmy na akupunkturę, na rehabilitacje, psiak brał leki… dożył ponad 18 lat.

Dlaczego o niej wspominam? Bo to ona właśnie odcisnęła wpływ na mnie największy. Jestem jedynaczką, psa traktowałam jak rodzeństwo. Uważam, że jak nikt nauczył mnie odpowiedzialności i sumienności. Poza tym zwyczajnie tworzyłyśmy zgrany układ.

Gdy jej zabrakło, długo mówiłam, że nie chce psa.

Do czasu. Do czasu aż na facebookowe tablicy mignęła mi Milenka, kiedyś Finka. Wyglądająca jak kapibara albo inny suseł. Brzydka, ale śmieszna jednocześnie. Byłam wówczas w Warszawie u chłopaka, a ona w schronisku w Sopocie. Szybko wróciłam do Trójmiasta – musiałam ją poznać. Niestety ona mnie poznać nie chciała, odwróciła się zadkiem i miała mnie w nosie. I wtedy byłam pewna, że to ona. Sycylijski piorun i te sprawy.

 

Odwiedzałam ją przez kilka tygodni, bo miała zaplanowany zabieg sterylizacji i przed jego wykonaniem nie mogłam jej dostać. Zaczęłyśmy się poznawać. I trochę jej się odmieniło.

W domu oczywiście z automatu stała się pupilem. Po jakimś czasie włączyła jej się spacerowa agresja, włączyła jej się niechęć do komunikacji miejskiej, strach przed mostami i… kałużami. Z racji tego, że ja mieszkałam w Gdańsku, a mój ówczesny chłopak (a teraz mąż) w Warszawie, niechęć do komunikacji musieliśmy zwalczyć jak najszybciej.

Skorzystałam z tego, że na naszej dzielnicy była zajezdnia i z autobusami budowałam pozytywne skojarzenia – zabawą, smakołykami. Poszło nam całkiem sprawnie i nieźle, bo po dziś dzień na widok autobusu jest radość a do pędolino wskakuje pierwsza.

Po roku podjęliśmy decyzje o przeprowadzce do Warszawy.

Mąż, który również przez całe życie miał zwierzęta (dwa koty i psa) stwierdził, że chce „swojego psa” a poza tym razem będzie im raźniej. Cóż, miał większy zwierzyniec, może wie, co mówi…

Przez jakąś aplikację, nie pamiętam już jaką, znaleźliśmy psa, który nas urzekł. Pojechaliśmy z Milenką poznać go aż pod Radom. Szybko okazało się, że Mili z nim się nie dogada…

Dziewczyny z Fundacji zaproponowały Milenie „szybkie randki”, żeby zobaczyć, czy ktoś jej podpasuje. Kandydatów było 5. „Pyknęlo” z ostatnim. Pyknęło i Milenie, i Kubie. Ba! Kuba z Bezetem się w sobie zakochali od razu. Cóż było jasne, że on to on. Byliśmy jeszcze na dwóch spacerach w dwutygodniowym odstępie czasu. Beś spod Radomia pojechał do stolicy.

Walka o swoje

Mili o „swoje” walczyła raptem 24 godziny, później zaczęła się z Beziem bawić i pozwoliła mu wejść do łóżka.  I tu nie obyło się bez problemów. Bezio aktualnie ma na liczniku 20 parę kilogramów. Potrafi pociągnąć bardzo bardzo mocno, okazało się, że przeszkadzają mu inne psy, rowery, auta… wiele rzeczy mu przeszkadza. Okazało się też, że jestem w ciąży. Szybko musieliśmy coś zrobić.

Bezio najpierw przeszedł szkolenie grupowe w Trójmieście, z którego szczerze nie jesteśmy zadowoleni, a następnie szkolenie indywidualne w Warszawie, które pokazało nam jak z nim pracować. Pokazało nam, jak czytać sygnały psa, co jest szalenie istotne, gdy na pokładzie pojawia się mały człowiek. Dziś Bezio jest zupełnie innym psem. Jednak wymagało…Ba, wymaga, to nadal mnóstwa pracy i uważności.

Pojawiło się dziecko

Nasze psy to diabelnie mądre stworzenia. Dzielnie towarzyszyły mi w czasie porodu, przynosiły swoje zabawki, by mi ulżyć. Fantastycznie przyjęły dziecko – oczywiście przez kilka miesięcy były na to przygotowywane, chociażby puszczaniem krzyków z youtube’a.

Nadszedł czas powrotu z Warszawy do Gdańska. Wprowadzaliśmy się do mieszkania teściów i w pakiecie otrzymaliśmy kota. Bezio i Ziom bez problemu się dogadali, Milenie trochę to zajęło.

Przeprowadzka na wieś

W mieszkaniu futrzaste towarzystwo mieszkało ponad pół roku. Później przenieśliśmy się do domku. Luz, blues i swoboda. Wielka radość dla całej trójki. Pewnego dnia mój mąż wrócił do domu z kolejnym psem, który się do niego przybłąkał. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że mam kuzynkę która jest weterynarzem, pojechaliśmy do niej sprawdzić chipa. I w tym czasie usłyszałam, że ma kota idealnego dla nas… kot, pies… coś jeszcze ogarniacie?

Z racji tego, że prowadzę psiego bloga, jakoś tam rozpoznawalnego w pewnych kręgach, dość łatwo udało nam się znaleźć właściciela psiej przybłędy. Psiak został zachipowany, miał tez operacje na „cherry eye” a my pozostajemy z właścicielka w kontakcie.

I wracamy do kota.

Moi rodzice stwierdzili, że chcą kota. A w sumie najchętniej to dwa, może zobaczymy co za kota ma Hania.

Udaliśmy się do Centrum w Bojanie, gdzie mnóstwo jest osobników potrzebujących nowych domów. Pojechaliśmy w zespole mój tata oraz teściowa. I zobaczyliśmy kota. O MÓJ BOŻE! Sycylijski kolejny raz!

Jednak mojego tatę strzeliło na rodzeństwo Zuzię i Gucia. No, ale my nie mogłyśmy tego rekomendowanego kota przecież tak zostawić…

W jednym domu mieszkamy na dwóch poziomach. Młodzi na górze, starsi na dole. Jeden ze starszych telefonu nie odbierał, a ja ręki przykładać nie chciałam do tego, by awantury domowe wybuchły. Się okazało niesłusznie…

Później o kota musieliśmy walczyć. Udowadniać, że nie zgubimy/nie ukradną, bo domek w końcu. Specjalną siatką zabezpieczyliśmy ogród. Po dniach próśb i starań nadszedł dzień, gdy Marley pojawił się w domu.

Ciężkie to były dni dla kota numer jeden, ale wiedzieliśmy już jak cały zwierzyniec pogodzić. Dziś nadal dowodzącym jest kobieta. Milenka. To jej się wszyscy boja i to pod jej pantoflem są. Jednak za nic naszego zwierzyńca byśmy nie oddali.

To naprawdę niesamowity widok, gdy wiosną na tarasie leży rozłożony kot, psy ładują się do basenu i czekają na rzucanie piłek przez najmłodszego. A i najmłodszy do zwierząt szalenie jest otwarty. Za płotem mamy jeszcze kozę i dwa kucyki, i małego doktora Dollitle.

Autorka tekstu: Katarzyna Kowalik

Tagi
Pokaż wiecej

Marta Adaśko

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.

Powiązanie artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Close
Close