WASZE HISTORIE

Krótka opowieść o tym, jak pies podarował mi lepsze życie.

Cześć, nazywam się Ala. Chciałabym dziś opowiedzieć historię nie tylko adopcji psa, ale również tego jak bardzo zmieniła ona nasze życie. Oczywiście na lepsze!

Zanim zamieszkaliśmy razem z moim mężem Piotrkiem, każde z nas miało psa. Niestety tak się złożyło, że obydwoje straciliśmy nasze pisaki w tym samym roku. Byliśmy akurat jedną nogą w nowym mieszkaniu, czekaliśmy na koniec prac i odbiór budowlany, więc postanowiliśmy adoptować psa po przeprowadzce. Nie chcieliśmy wprowadzać dodatkowego zamieszania i zmian psu, który i tak byłby w stresie świeżo po adopcji.

Niestety w życiu jest tak, że albo kujemy żelazo póki gorące, albo z planów nici. Po przeprowadzce ciągle rozmawialiśmy o adopcji psa, ale żadne z nas nie zrobiło kroku, żeby jakoś urzeczywistnić te nasze rozmowy. I choć w naszym życiu czegoś brakowało, tkwiliśmy w tej sytuacji aż 3 lata.

Wreszcie zdecydowaliśmy że albo teraz, albo nigdy

Ustaliliśmy ostateczny termin adopcji – najbliższy weekend. Z racji tego, że nasze wcześniejsze psiaki były do siebie podobne, bardzo szybko uzgodniliśmy, jaki pies z nami zamieszka. Przede wszystkim nie pies, a suczka! Dodatkowo z całą pewnością krótkowłosa, niewielka (max 15 kg), najlepiej o częstym u kundelków rudym umaszczeniu. Marzyliśmy o wspólnych zabawach i wycieczkach, dlatego chcieliśmy, aby był to pies młody i energiczny.

Życie bardzo szybko zweryfikowało nasze plany i pokazało, czym jest prawdziwe przeznaczenie 🙂 A jak to się stało?

Po przyjeździe do Krakowskiego schroniska od razu skierowaliśmy się do części, w której mieszkają suczki. Pani z recepcji od razu uprzedziła, że mogą tam być również pojedyncze samce, które wykazują agresję lub są zbyt słabe, by przebywać wraz z innymi psami. Zaaferowani wyborem psa, puściliśmy tę informację mimo uszu.

Psie nieszczęścia w betonowych boksach

Już na samym początku moją uwagę przyciągnął czarny kundelek, niezgrabnie wspinał się na kraty i prosił o chwilę czułości. Smutne oczka, skołtuniona, matowa sierść i wszystkie kości na widoku. Zaczęłam się rozklejać, czułam uścisk w gardle, a do oczu napływały łzy. Nie mogłam zabrać rąk o kraty. Powiedziałam Piotrkowi, że nie mogę go tak zostawić.

Ostatecznie dałam się namówić i na miękkich nogach poszłam oglądać kolejne psie nieszczęścia w betonowych boksach. Jednak w tym momencie wiedziałam, że to właśnie ten pies pojedzie z nami do domu i myślę, że Piotrek też to wiedział.

Obeszliśmy wszystkie boksy i wybraliśmy dwa psy, z którymi chcieliśmy iść na spacer. Jako pierwszego wolontariuszka przyprowadziła psiaka, który skradł moje serce. Okazało się, że jest to pies a nie suczka. Totalnie zaskoczeni zabraliśmy smycz i poszliśmy lepiej się poznać.

Psiak od razu do nas przylgnął, wspinał się na nogi Piotrka, ciągle chciał się przytulać. Jak któreś z nas uklękło to chował głowę pod pachę.

Powrót we trójkę

Chcieliśmy wyprowadzić jeszcze jedną suczkę, ale jak wróciliśmy, okazało się, że jest pora karmienia i musielibyśmy dość długo czekać. Z nadzieją popatrzyłam na Piotrka i decyzja właściwie podjęła się sama – wracamy do domu we troje!

 

 

W taki oto sposób na tylną kanapę naszego samochodu wskoczył pies (samiec) z długą czarną sierścią, mniejszy niż chcieliśmy i zupełnie niezainteresowany zabawą. Z wrażenia nie sprawdziliśmy nawet ile ma lat!

Czy to nie jest psie-znaczenie?

Mauro szybko zadomowił się w naszym niewielkim mieszkanku i bardzo się do nas przywiązał. Chwilę po adopcji pokonaliśmy chorobę układu pokarmowego, o której schronisko nawet nie

 

wiedziało. Dopiero po tym Mauro zaczął przybierać na wadze, a jego sierść zrobiła się jedwabista. Wystarczy dodać do tego błysk w oku i mamy przystojniaka pierwsza klasa!

Mauro zupełnie zmienił nasze życie, wniósł masę radości i pozytywnej energii. Jest niesamowicie przytulaśnym psem. Poza tym to najlepszy kompan wszystkich naszych podróży, zawsze chętny na nowe przygody! Ten niekochany, wyrzucony jak niepotrzebna rzecz kundelek okazał się najlepszym, co przydarzyło nam się w ostatnich latach.

Już nie pamiętam, jak było kiedyś, jak w ogóle mogliśmy żyć bez niego.

Od zawsze chodziliśmy z Piotrkiem po górach i dużo podróżowaliśmy. Początkowo nie planowaliśmy zabierać ze sobą Mauro, zwłaszcza, że moja Mama zawsze chętnie się nim zajmuje (i zdecydowanie za dużo go karmi :)!). Jednak nie wyobrażaliśmy sobie zostawiać go na dłużej, niż kilka godzin. Zaczęliśmy więc zabierać go ze sobą na jednodniowe wypady, później na weekendy, a wreszcie na wakacje.
Dzięki niemu zyskaliśmy nową energię życiową, a ja motywację i pomysł na bloga! Zwiedziliśmy razem 7 krajów, a wkrótce zaczęłam opisywać nasze eskapady. Tak powstał nasz blog www.huncwotnagigancie.pl.

Jeżeli myślicie o adopcji psa, to nie wahajcie się ani minuty dłużej. Jedźcie do schroniska, wybierzcie psa i podarujcie mu lepsze życie. I bądźcie pewni, że odwdzięczy Wam się tym samym!

 

Pozdrawiam serdecznie wraz z moją ukochaną ekipą:

Ala, Piotrek i Mauro <3

Tagi
Pokaż wiecej

Marta Adaśko

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.

Powiązanie artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Close
Close