WASZE HISTORIE

Śmierć przyjaciela – jak się pozbierać po odejściu ukochanego zwierzaka?

To było gdzieś w połowie maja 2017r. Cierpiałam po stracie mojej kochanej kotki, którą miałam 13 lat. Śmierć przyjaciela była dla mnie ogromną traumą.

Musiałam ją uspać, ponieważ miała zaawansowany nowotwór, który nie chciał odpuścić i po każdym leczeniu poprawiało jej się jedynie na chwilę. Weterynarz doradził eutanazję, mimo pierwotnego planu kolejnego leczenia… Jak powiedział: „Szkoda, aby kotka się tak mordowała”. Miał rację, ponieważ po każdym leczeniu kicia dochodziła do siebie długo i bardzo cierpiała – nie jadła i nie piła.

koty

Nie chciałam eutanazji, bo bardzo ją kochałam i miałam ją od maleńkiego. Same z mamą nauczyłyśmy ją jeść, załatwiać się do kuwety itd. Śmierć przyjaciela wydawała mi się czymś niemożliwym i niedopuszczalnym.

Pamiętam ten dzień, kiedy w końcu zdecydowałam się pomóc jej odejść.

Po kolejnym leczeniu jakie jej zapewniłam (a także kilku operacjach) umówiłam się z weterynarzem. Leżała w kuchni na gumolicie, nie jadła od kilku dni ani nie załatwiała się, a stała sie bardzo agresywna…

Zawiozłam ją, pożegnałam się przed zastrzykiem usypiającym. Pamiętam jak mnie ugryzła w dłoń i z oczu napłynęły mi łzy, bo poczułam ulgę. Patrzyła mi w oczy, jakby mi dziękowała za koniec męki…

Usnęła na moich rękach. Potem wyszłam z gabinetu, a weterynarz dokończył to co zaczął. Bolało mnie serce, czułam pustkę…

Śmierć przyjaciela – co dalej?

We wrześniu 2017 r. byłam świeżo po ślubie. Mama zadzwoniła do mnie, że pod jej blokiem jest włóczęga… Mały kotek, podobny do dawnej Mici.

Kicia przychodziła od kilku dni pod blok, gdzie ją dokarmiali i tam spała pod schodami w jakimś wiklinowym koszu, żeby skryć się przed okolicznymi psami.

Nikt nie mógł jej przygarnąć. Nawet moja mama (kociara), ponieważ moja młodsza siostra była alergikiem… Zastanawialiśmy się, jak tam się znalazła, bo to blok na odludziu. Ale nikt nic nie wiedział, a czas uciekał.

Robiło się coraz zimniej, nadchodziły nawet mocne wiatry i bałyśmy się z mamą o tą maliznę. Nie byłam pewna, czy ją wezmę, bo dalej miałam gorycz w sercu i bolała mnie strata dawnej kici.

Dostałam zdjęcie od mamy, jak ona trzyma ją na rękach. Okazało się, że kicia jest bardzo otwarta do ludzi dorosłych i dzieci. „O rany!” – powiedziałam sama do siebie, gdy ujrzałam jej zdjęcie – była małą kopią Mici.

Przyjechałam pod blok. Był późny wieczór, chłodny jak diabli. Kiciamy na nią, świecimy latarkami i nic… Nie ma jej. Zmartwione z mamą dalej szukamy…

Nie planowałam jej zatrzymać

I po kilku ładnych godzinach nawoływania – pojawiła się. Biegła do nas, potykając się o swoje malusie nóżki. Uniosłam ją do góry – łzy napłynęły mi do oczu, jak wtedy, gdy żegnałam się z dawną kotką. Przytuliłam mocno zmarzniętego maluszka.

Wzięłam ją do domu. Dałam jeść, z piwnicy mąż przyniósł kuwetę i pół nowego żwirku, który odstawiłam po eutanazji. Bardzo nas zaskoczyło, że po kilku minutach… Kotka sama poszła do kuwety i się w niej załatwiła. To rzadkość, aby tak młody wolnożyjący kot był nauczony czystości.

Byłam przekonana, że kicia została wyrzucona przez nieodpowiedzialnego właściciela. Na drugi dzień odwiedziłam weterynarza. Ocenił, że ma około 3 miesiące.

I tak do dnia dzisiejszego mam taką małą córeczkę – no może nie małą, bo już ma prawie 11 miesięcy! Jestem w niej zakochana, mimo, że straszna z niej psota. 🙂

Autorka tekstu: Anna Mucha


Tagi
Pokaż wiecej

Marta Adaśko

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.

Powiązanie artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Close
Close